Metronom jako przyjaciel

metronom

Kiedy rozpoczynałam swoją przygodę z perkusją, na samą myśl o metronomie zaczynała mnie boleć wątroba. Serio. Jak Ja sobie przypomniałam, o ćwiczeniach, które na mnie czekają w towarzystwie metronomu – odechciewało mi się grać. Twierdziłam, że metronom jest beznadziejny i nie jest mi potrzebny do szczęścia.

Do tego na pierwszych zajęciach mój nauczyciel z perkusji ciągle powtarzał, że metronom to podstawa. I nie tylko tyczy się to ćwiczeń technicznych, ale i również gry z innymi muzykami. Wtedy nie miałam bladego pojęcia o czym on do mnie mówi. Pomyślałam „kurde, jakie może mieć znaczenie klik podczas grania koncertów”? Jakoś nie chciało mi się wierzyć, że odgrywa aż taką ważną rolę. Przyznam, że miałam taki okres w życiu w którym odpuszczałam grę z metronomem. Ćwiczyłam technikę na czuja, ale po pewnym czasie sytuacja zaczęła się zmieniać. Zwłaszcza wtedy, kiedy zaczęłam grać w mojej pierwszej kapeli…

Pierwsza próba w moim życiu. Stres, bo chciałam wypaść jak najlepiej. Zaczynamy grać. Ja oczywiście bez klika. I jedziemy z tematem. Po zagraniu pierwszego utworu – basista stwierdza: „Żaneta, było nierówno”. To chyba ostatnie słowa, które chcesz usłyszeć na próbie. Ogólnie słaba sytuacja. A więc musiałam wziąć to na klatę. W końcu zmierzyć się z metronomem. I w taki o to sposób codziennie, po kilka godzin, ćwiczyłam z klikiem. Po pewnym czasie zaczęły pojawiać się pierwszy efekty i nawet ten sam basista pochwalił mnie stwierdzając, że jest progres.

Uwierz mi, że praca z klikiem była dla mnie na samym początku dosyć żmudna. Ale Ja jestem dosyć uparta i wyznaje zasadę „jeśli nie masz na coś wpływu po prostu to zaakceptuj” – działałam w temacie. Wiesz co teraz jest najzabawniejsze? Ano to, że teraz bez metronomu nie wyobrażam sobie grania. Od wroga numer jeden został moim najlepszym przyjacielem, który nie raz uratował mnie z opresji.

Pamiętam jak kilka lat temu grałam w kapeli „Day of Riot” koncert na zlocie motocyklistów w Jastrzębiu Zdroju w takiej jakby muszli? Podczas tego koncertu były takie momenty, że nie słyszałam absolutnie nic. A wszystko to zasługa wiatru, który wpadał do muszli, zbierając wszystkie dźwięki, po czym wypadał żeby za chwilę wrócić – zwracając je. Gdyby nie metronom – zawaliłabym ten koncert.

Kolejna sytuacja. Koncert w Raciborzu, który zagrałam z kapelą Spectrum Khor (dzisiaj Zaćmienie) – w pubie Zamkowy. Miejsce w którym graliśmy kompletnie nie było przystosowane do grania koncertów, tym bardziej rockowych. Akustyka -1… Wtedy podczas koncertu słyszałam jeden wielki hałas…. Hałas, który dochodził do mnie z opóźnieniem co wynikało z pustej przestrzeni – gołych ścian i echa.

A więc na dzień dzisiejszy dla mnie klik to podstawa, ale z drugiej strony dobrze robi mi granie bez metronomu, kiedy wsłuchuje się w poszczególne instrumenty.

A jak u Ciebie wygląda sytuacja z metronomem?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *